Opowieść o tym, jak to Willy Burroughs postrzelił swoją żonę w twarz
Był sobie raz pewien początkujący pisarz, co nie bardzo lubił pisać. Lubił za to przyćpać w nos albo w kanał, albo w co tam akurat modnie było dokonywać iniekcji chemikaliowych chmur, strug, błyszczących proszeczków z nie mniej jaśniejących blaskiem torebeczek. Poniszczyć się lubił najchętniej z innymi początkującymi pisarzami, wśród których dominowały osobniki o dziwaczych imionach i nazwiskach, takie jak choćby Jack Kerouac - człowiek, któremu nazwisko rymuje sie z imieniem i na odwrót, albo Allen Ginsberg, człowiek któremu nazwisko nie rymuje się z imieniem i na odwrót.
Co jeszcze lubił ten raczej ćpun niż literat, ten ćpun który znał znanych ćpunów i z tego wówczas słynął? A lubił sobie popedalić z przytupem, najchętniej młodszych chłopców, ulubione modele: sweet sixteen, innocent thirteen, fifteen open for everything. Było ich wtedy w nadmiarze, a może i nie było, jednak on zawsze potrafił sobie zorganizować ciepłą pod pachę zabawkę, miał do tego dryg i talent. Gdyby z tego dało się utrzymywać (z tego się da utrzymywać) to by się z tego nie utrzymywał, za łatwo mu to przychodziło.
Poza pedaleniem lubił też swoją żonę, Joan Volmer, a szczere i gęste od wspólnych tripów było to uczucie. Ile razem przećpali, to by wiedział tylko święty patr
on zdewastowanych emocjonalnie narkomanów, święty patron nieuleczalnych degeneratów obu płci (i bezpłciowców), matka boska tangierska patronka heroinistów i peyotlowców, ale nie ma do tych postaci z obrazków telefonu ani maila, więc się nie dowiemy. Pewne jednak, że były to ilości znaczne, spożywane często, a wspólne zainteresowania łączą, wiążą, więc choć para ta przechodziła przez burzliwe (nazwijmy je: krwotoczne) kryzysy, to jednak byli sobie bliscy jak łodyga i diament.
To z czego żył, jak naprawde ani nie pisał, a nawet jak coś tam pisał to zysków z tego prawie nie miał? Z czego opłacał nastoletnich chłopców wszystkich ras i wyznań? Skąd miał hajs na kolorowe butelki pełne bynajmniej nie wody kropidłowej, czym opłacał dobrze mu znanych i nie znanych dilerów? Otoż pieniędzmi, panie i panowie, dzieci i sprzęty domowe, pieniędzmi. Skąd je miał?
Z tego samego źródła, z którego zdobywa fundusze większosć narkomanów: jego dziadek był wynalazcą bankowej maszyny liczącej (to pewnie jakaś stuningowana wersja kalkulatora, spojler nad klawiszem mnożenia), i z samego patentu wszystkie pokolenia po dziadku miały zapewnione stosy talarów na co tylko by chciały. Jeśli potomek dziadka-wynalazcy chciałby nieść pomoc bezdomnym kotom w kenii - miałby tę możliwość, a uczyniłby by kocurstwu tamtejszemu wiele dobrego. Jeśli chciałby stworzyć sobie armię tubylców jak Kurtz w Czasie Apokalipsy - stać go na to, a i ekwipaż jego poddanych byłby zaawansowany technologicznie. Jeśli natomiast głównym planem i celem życiowym potomka jest niszczenie siebie od podstaw, destrukcja kośca moralnego rozprzestrzeniana na inne osoby ze skutkiem natychmiatstowym, to także znalazłby fundusze by czynić zło na wysoki połysk.
Był sobie raz pewien początkujący pisarz, co odstrzelił głowę swojej żonie, i to nie dlatego że nią na przykład seksualnie gardził, albo że miał jej dosyć z jakichś mniej lub bardziej iluzorycznych, nieprzekonujących powodów. Otóż ten początkujący pisarz, co bardzo mało pisał, strzelił żonie z magnuma w czoło przez piętnasty wiek.
A dokładnie przez piętnastowiecznego celebrytę, ówczesną gwiazdę wszystkich portali plotkarskich dziadowskich karczm, w których opowiadano o jego sukcesach. Snajperem był Wilhelm Tell i bohaterem narodowym Szwajcariii, ale najbardziej zasłynął z jednego strzału, gdy to umieścił synowi swemu rodzonemu na głowie jabłko, a potem wymierzył w kierunku syna i jabłka z kuszy, i zastanawiał się, czego byłoby mu bardziej żal. Wybrał jednak, że mniej szkoda mu jabłka, choć to też przecież czyste marnotrawstwo, ile tam witamin, a jaka skórka dobra, przecież czy w 15 wieku ludziom sie przelewało, co? Nie jeden chłop zabiłby za dobre jabłko, za ogryzek pożywny, a tu taka rozrzutność ze strony celebryta; no ale stało się, zastrzelił bezwzględnie niewinne jabłko szwajcar.
Szósty października, 1951 rok, Meksyk, impreza na plaży, alkohol, ciężkie narko w obiegu. Burroughs opowiada swoim współtowarzyszom, że zamierza wynieść się z dala od cywylizacji. Wyjechać do Ameryki Południowej, mieszkać w dżungli i utrzymywać się z dżungli, zabijając co smaczniejsze węże, makaki czy co tam akurat podpełźnie pod lufę. Joan Volmer raczyła raczej wątpić w umiejętności survivalove swojego męża, czym zamierzała się podzielić ze zgromadzoną z nimi tłuszczą. Powiedziała: "jeśli Bill będzie naszym myśliwym, to umrzemy z głodu"; Burroughs wziął to bardzo do siebie bo miał się widocznie za Beara Grillsa. Postanowił udowodnić, że byłoby inaczej, bo strzelcem jest wybornym; zaproponował więc pijackę grę, znaną jako WILHELM TELL - grę niebezpieczną, ale interesującą, grę dosyć krótką, ale wciągają
cą. Postawił swojej żonie na głowie szklankę z dżinem, odszedł kilkanascie kroków, i wymierzył w kierunku alkoholu i żony. Obiecał przestrzelić, Joan siedziała nieruchomo.
Czy przeżywał podobne rozterki jak dziwaczny szwajcar, który rozważał, czy bardziej szkoda będzie owocu czy syna? Czy Burroughs porównywał wartość smaku dżinu do smaku żony? Czy podjął wybór? jeśli tak, to był idiotą. Przecież strzelając do żony wiadomo było, że szklanka z dżinem i tak albo się potłucze, albo nawet jesli nie, to dżin się wyleje.
Dlatego raczej należy przypuszczać, że był to po prostu zły strzał, wypadek. Alkoholu mieli dostatek, i choć każda niepotrzebnie wylana kropelka alkoholu jest pijackim grzechem, to jednak należy wliczyć śladowe rozlewnictwo w każdą rasową libację. A Joann? Owszem, nieraz go obrażała w towarzystwie jego znajomych, podważała jego zdanie, krytykowała go otwarcie, ale która żona tego nie robi?
Nawiasem mówiąc, szklanka nie rozbiła się.
Komentarze (14)
-
- Naćpana Światem
- 21 lipca 2011, 22:36:29
bomba !!!
-
- Sara Bergmann
- 21 lipca 2011, 22:47:51
Bez ograniczeń łączę komplementy.
Teraz będę zdrowiała, w cieniu formy doskonałej. -
- Tomasz Smogór
- 21 lipca 2011, 23:43:56
No tak, ciekawa postać. Poczytam jak będę miał czas :)
-
- Maciej Kłodziński
- 22 lipca 2011, 00:47:36
I co to ma być? Nudą wieje...
-
- Baśka Sęk
- 22 lipca 2011, 02:56:35
A mnie to nie bierze, mimo powyższych słów zachwytu.
Gdyby nie było oryginalnej formy, treść by zanikła. A jest dosyć wiotka, ledwie nadszarpnięta.
Może mam słabą pamięć, ale gdy dochodziłam do końca niektórych zdań, miałam problem z przypomnieniem sobie początku. -
- Kajtek Herdyński
- 22 lipca 2011, 04:29:36
to w ogóle nie jest o burroughsie, fakty zgadzają się mniej więcej tak jak rym jacka kerouaca... płytkie.
-
- Magazyn Literacki
- 22 lipca 2011, 04:59:23
fakty zgadzają się akurat całkiem nieźle. chyba, że które akurat niby nie?
-
- Alina Przybylska
- 22 lipca 2011, 07:13:51
Na cholerę nam ta historia - mnie troszkę wmurowało a Tom Waits zaśpiewał i kto mi go teraz wyłączy?
-
- Zyta Bętkowska
- 22 lipca 2011, 12:22:38
o, z obrazkami :)
-
- Łukasz Podgórni
- 22 lipca 2011, 12:23:36
Fajowe, wysoce smaczny i nisko kaloryczny deser z błyskotkami, o które nie łamią się zęby.
-
- Tomasz Pułka
- 22 lipca 2011, 17:29:20
No, eleganckie.
-
- Tomek .
- 22 lipca 2011, 18:21:09
Ciekawie.
-
- Grzegorz Jędrek
- 23 lipca 2011, 10:22:54
Bardzo dobry projekt.
Ciekawe, że wciąż tak interesuje Polaków amerykańskie pokolenie beat.
Brakuje dobrej redakcji i korekty. Radziłbym znaleźć odpowiednich ludzi. -
- Irena Tetlak
- 23 lipca 2011, 16:43:27
byłam tu ;)